Seria: 
... 29  30  31  32  33  34 ...

... 29  30  31  32  33  34 ...
Eugeniusz Dębski, Tomasz Pacyński, Jarosław Grzędowicz, Maja Lidia Kossakowska, Paweł Siedlar, Marcin Wroński, Szczepan Twardoch, Jerzy Roś, Mateusz Spychała, Rafał Chojnacki, Szymon Kazimierski
Deszcze niespokojne

Andrzej Pilipiuk
Dziedziczki - wyd. 1

Władimir Wasiliew
Oblicze Czarnej Palmiry

Andrzej Pilipiuk
Norweski dziennik 1: Ucieczka - wyd.1

Mieszko Zagańczyk
Allah 2.0

Maja Lidia Kossakowska
Zakon Krańca Świata, t.1

Romuald Pawlak
Czarem i smokiem. Pogodnik trzeciej kategorii, t.1

Dariusz Spychalski
Krzyżacki poker, t.2 - wyd. 1

Anna Kańtoch
Diabeł na wieży - wyd. 1

Jarosław Grzędowicz
Pan Lodowego Ogrodu, t.1 - wyd. 1

Pan Lodowego Ogrodu, t.1 - wyd. 1
Jarosław Grzędowicz

NAKŁAD WYCZERPANY
data wydania: czerwiec 2005
ISBN-10: 83-89011-61-1
ISBN-13: XXX
wymiary: 125 x 195
liczba stron: 560
oprawa: miękka
seria: Bestsellery polskiej fantastyki
cena: 29.99

Drakkainen ląduje samotnie na odległej planecie, na której odkryto młodą cywilizację. Ma sprowadzić zaginiony zespół swoich poprzedników, badaczy, i pod żadnym pozorem nie ingerować w rozwój nieznanej kultury. Trafił na zły czas – wojnę bogów, w której giną śmiertelnicy. Być może, by odnaleźć towarzyszy, Drakkainen będzie musiał złamać drugą regułę swojej misji…

Planeta powitała go mgłą i śmiercią.

Dalej jest tylko gorzej.



Pan Lodowego Ogrodu, t.1
Jan Marek

Pan Lodowego Ogrodu, t.1
Jan Marek

Pan Lodowego Ogrodu, t.1
Jan Marek
: Walka
Te części stacji których nie zdemolowano, wyglądały jak porzucone w jednej chwili, niczym statek dryfujący po trójkącie Bermudzkim. Rozgrzebana pościel na pryczy zbitej z okorowanych żerdzi i materacem z przeplecionej między belkami napiętej linki. Obwąchał spiwór zamykając oczy i wdychając głęboko powietrze.
Pleśń… kurz… trociny, pył ze spróchniałych belek i gdzieś głęboko, ledwo wyczuwalne, znikome resztki DNA. Kilka komórek naskórka. Ślina. Śladowe ilości nasienia. Letherhaze. Nigel Letherhaze.
Obszedł pomieszczenia mieszkalne systematycznie, obwąchując zetlałe resztki ubrań, staroświeckie ostrza z maszynek do golenia, utytłane sztućce. Znalazł ślady wszystkich ośmiorga.
Ale tylko ślady.
Na zewnątrz rozległ się pusty, drewniany odgłos, jakby coś potoczyło się po drewnianych belkach.
Ujął dłonią sterczącą z nad ramienia rękojeść i ostrożnie wyślizgnął się z chaty, sunąc plecami po belkowanej ścianie. Noc na zewnątrz wydała mu się zupełnie jasna, w porównaniu w półmrokiem chaty. Dzięki wzmocnieniu światła widział tam niemal jak o szarym, pochmurnym świcie, jednak tam, gdzie nie docierało światło gwiazd i rozproszony blask atmosfery, kryły się plamy głębokiego cienia.
Drakkainen skoncentrował się, precyzyjnie stawiając nogi w miękkich butach i utrzymując niską postawę bojową. Jedna dłoń na rękojeści, druga wyciągnięta do przodu, na wysokości punktu chudan. Tuż obok studni, na ścieżce wyłożonej drewnianymi podkładami kołysał się plastykowy, żółty kubełek. Ekipa nie musiała aż tak dbać o dostosowanie do miejscowych jak on. Popijali ziemskie piwo z puszek, odgrzewali sobie rostbef z jarzynami, czerpali wodę polietylenowym wiadrem.
Coś mignęło mu na granicy cienia. Ruch zbyt szybki, jak na istotę ludzką. Jak przelatujący nisko ptak.
Założył, że cokolwiek to było, wie już o jego obecności. Te wszystkie kości wokół wzgórza pozostawiano do niedawna. Niektóre zwłoki były całkiem świeże. A uczeni pozostawili po sobie wyłącznie dwuletnie ślady.
Powoli, ostrożnie obszedł chałupę dookoła, ale nic się nie poruszało.
Z tyłu, za domem, gdzie jeszcze nie był, natknął się na posąg. Tym razem normalny. Wygładzona rzeźba z kamienia, chyba bazaltu. Niewątpliwie miejscowy i dobrze wykonany. Przypominał z grubsza uproszczoną sylwetkę tańczącej ciężarnej kobiety. Kobiety o wyszczerzonych zębach, trójkątnych jak zęby rekina. W jednej dłoni tkwiło coś co przypominało sierp, umieszczony w wywierconym otworze, tak, że można go było wyjąć. W drugiej dłoni, kobieta dzierżyła kamienną misę. Posąg miał z półtora metra wysokości i zapewne przywleczono go tu w celach badawczych, mimo że był upiornie ciężki. Ale pod jej uniesioną w tańcu stopą piętrzyła się sterta czaszek. Ptasich, zwierzęcych różnej wielkości i najróżniejszych gatunków.
Oraz dwie ludzkie.

: Dwór
Drakkainen przysiadł odruchowo i uniósł dłoń, chcąc osłonić twarz i zeskoczyć z kładki, gdy spadający jak pocisk kruk uderzył nagle skrzydłami i, skręciwszy w miejscu, wystrzelił znowu w górę.
Z bliska dobiegł Wędrowca dziwny, metaliczny dźwięk i grzechot jakby rozwijającego się łańcucha.
Bluszcz zaczął się ruszać.
Przypominało to gniazdo obudzonych nagle węży.
Pędy poruszały się miękkim ruchem, wijąc po ścianach, znad dachu wystrzeliły w górę kolejne liany, rozwijając się jak końce pejcza. Kruk młócił skrzydłami, połykając kolejne metry, a tuż pod nim prostował się pęd czarnego bluszczu. Wśród spowolnionego czasu słychać było świst, z jakim łodyga, liście i ciernie cięły powietrze.
Ostry, metaliczny świst.
Jeszcze uderzenie skrzydeł i kruk umknął poza zasięg jednej łodygi, ale druga przecięła mu drogę tuż przed dziobem. Była znacznie dłuższa.
Drakkainen usłyszał własny, ostrzegawczy krzyk, który rozlał się w przeciągły, basowy grzmot.
Kolejne pędy śmignęły przez powietrze prosto w jego stronę, zbyt szybko, żeby sensownie zareagować.
Wędrowiec odchylił tułów i zobaczył, jak gałąź przelatuje mu przed twarzą, a potem wyprostował się i, patrząc na zwijający się jak bat koniec gałęzi, wybił się z obu nóg do ciężkiego pół salta w tył.
Jeszcze w powietrzu poczuł, że oberwał samym końcem pędu przez udo. Zapiekło gwałtownie jak smagnięcie rozplecioną stalową linką.
Wylądował chwiejnie poza kładką i odskoczył kilka kroków w tył. Ledwo zagojona kostka znowu zareagowała ćmiącym bólem nadwerężonych ścięgien.
Liana cofała się zygzakowatym, wężowym ruchem. Uniósł nogę, żeby ją przydepnąć, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Pęk czarnych jak sadza liści zawinął się na belkach kładki, tnąc na nich głębokie szramy niczym stalowe ostrza. Druga gałąź prześlizgnęła się obok i poszatkowała na strzępy małe drzewko rosnące w rowie.
Spojrzał na swoje udo. Spodnie wisiały w strzępach, przecięte gładko w kilku miejscach, skóra pod spodem też była pokaleczona, cały bok uda miał już przesiąknięty krwią.
— Moje najlepsze spodnie — warknął.
W powietrzu wirowało kilka czarnych piór.
Kruk zakrakał tryumfalnie, szybując poza zasięgiem pędów, które smagały powietrze nad dziedzińcem.
— Mało brakowało. Zdaje się, że uratowałeś mi życie — powiedział Vuko. Uniósł niewielki kamień i rzucił.
Pocisk poszybował nad kładką i został uderzony w powietrzu niewielką wicią. Rozległ się metaliczny brzęk, błysnęły iskry.
— Rozumiem — wycedził Drakkainen. — To reaguje na ruch.
Pędy znowu zaczęły się wić paskudnym, mackowatym ruchem, drąc drzazgi z belek i wydrapując szramy na kamieniach.

azg: NaszeMiasto.pl
Czy do napisania dobrej powieści łączącej elementy science-fiction i fantasy wystarczy wysłać ziemianina z przyszłości na planetę zamieszkaną przez ludzi rodem z pseudoŚredniowiecza? Z pewnością nie. Jarosławowi Grzędowiczowi się to jednak udało. „Pan Lodowego Ogrodu” to prawdziwy majstersztyk.
Całości dopełnia język: prosty, odważny, pełen barwnych, urokliwych, choć nieco zapomnianych na co dzień słów, zgrabnie łączący obrzędowość zastygłej w czasie kultury z trzeźwym, współczesnym, osądem.

Agnieszka Brodzik: Carpe Noctem
(...) pierwszy tom "Pana Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza to bardzo udana mieszanka science fiction, grozy i fantasy, a do tego zajmująca i nieszablonowa lektura - jak na pierwsze spotkanie z tym pisarzem, jestem bardzo zadowolona.

Paweł Szczepanik: Carpe Noctem
Książka została napisana według sprawdzonej recepty, nie zaskakuje niczym nowym. Jednak Jarosław Grzędowicz to czarodziej słowa, mistrz posługiwania się piórem - obcowanie z nową książką to czysta przyjemność! "Pan Lodowego Ogrodu" to rozrywka w najlepszym polskim wydaniu.

Piotr 'Flint' Schmidtke: Terra Fantastica
Jarosław Grzędowicz zdaje się budzić z pisarskiego snu — nie tak dawno temu opublikował zbiór opowiadań pod tytułem Księga jesiennych demonów, nazwisko autora przewijało się przez różne antologie, a pod koniec wakacji ukazał się Pan Lodowego Ogrodu, pierwszy tom cyklu. I trzeba powiedzieć, że dobrze, iż się obudził, bo „Pan” to jedna z najlepszych polskich książek fantastycznych, jakie ostatnio czytałem.

Anna Woźniak: Gildia
Pełna wdzięczności wielbię Grzędowicza Jarosława, za to, że pomiędzy pleniącym się ostatnio w księgarskich szczękach Dworca Centralnego i na salonach Empiku chłamem z gatunku fantastyka polska udało mu się umieścić Pana Lodowego Ogrodu Tom I. I moja wdzięczność przeplatana zachwytem są tym większe, im bardziej badziewnym ten chłam postrzegam. I najgorsze, że w tym kontekście to się nawet zastanawiam, czy czasem trochę nie zbyt przesadnie swój pean rozbuchałam. Ale przecież to opasłe tomisko przeczytałam w trymiga bez cienia czytelniczych cierpień i narzekań, często popadając w zadumę nad tym, że jednak są jeszcze pisarze, których pióro lekkim będąc, nie jest w stanie zamęczyć nawet pięciuset stronicową wylewnością. A to duży talent, i potężny atut pisarstwa Grzędowicza. Czyli jednak moja pochwała ma bardzo konkretne uzasadnienie. Żeby jeszcze dorzucić parę innych mięsistych argumentów marynistycznie napomknę, że przez Pana Lodowego Ogrodu płynie się bez językowych podtopień i nudnych stylistycznych flaut. Historia, którą opowiada, zwieńczona szalenie udanym finałem, mimo że pełna paskudnych kreatur i wizji rodem z sennych koszmarów o dość znanych w kulturze i literaturze proweniencjach jest oparta na prostym, logicznym schemacie, który konsekwentnie utrzymywany, bezpretensjonalny i nie przegięty zapewnia jej spójność i lekkość.

Vampdey: Katedra
Powieść jest świetna. Gruby tom zawiera wszystko, co niezbędne do przeczytania jednym tchem. To historia, z którą nie można zaznajomić się inaczej niż w jeden dzień. No dobrze — a co zachwyca w takim razie? Przede wszystkim styl — bardzo dobry, bez dwóch zdań. Autor nadto ma talent, głowę pełną pomysłów i wiedzy — w pierwszym tomie „Pana Lodowego Ogrodu” wszystko to doskonale widać na papierze. Dużo uroku książce dodają ironiczne uwagi głównego bohatera — Drakkainen jest cynikiem nie mniejszym, i nie mniej sympatycznym niż Mordimer Madderin z prozy Jacka Piekary (w książce na przemian pałeczkę narratora przejmuje to autor, to główny bohater). Jego zgryźliwe uwagi na pewno wywołają nie jeden uśmiech. Umiejętnie prowadzona fabuła, ciekawe pomysły i niesamowity klimat (dominuje mroczna atmosfera bezlitosnej rzeczywistości rodem z dawnej Skandynawii zamieszkałej przez Wikingów. Jakże pasują tu przed każdym rozdziałem cytaty z Eddy poetyckiej...), a także bardzo ciekawy świat wykreowany przez autora sprawiają, że w kategoriach rozrywkowych książka sprawdza się doskonale. No i te nawiązania do twórczości Bosha...

Dominika Repeczko: Fahrenheit
Przez wieki mieszkańcy Ziemi żyli w przekonaniu, że są jedynym bytem rozumnym we wszechświecie. Drobną anomalią ewolucji czy kaprysem wszechmogącego boga — wszystko jedno. Czymkolwiek by nie byli i tak pozostawali wyjątkowi. Do momentu, w którym przekroczyli magiczną barierę prędkości światła i wreszcie sięgnęli gwiazd. A wśród nich odkryli Midgaard — planetę zamieszkałą przez inną rasę antropoidalną, i to jak najbardziej rozumną. Odkryli, i w zasadzie niewiele więcej, bowiem zarówno glob jak i jego mieszkańcy wymykali się w tajemniczy sposób wszelkim próbom poznawczym. Najpoważniejszym utrudnieniem było to, że na powierzchni planety i w jej pobliżu cała elektronika traciła rację bytu. Pierwsze próby eksploracji kończyły się więc zanim jeszcze na dobre się rozpoczęły. Wreszcie dzięki systemom bionicznym udało się pokonać tajemniczą barierę planety i na Migaardzie wylądowała grupa badawcza. Naukowcy rozbili obóz, podjęli prace i... zniknęli równie nagle, co niewytłumaczalnie.

Oficjalnie cała planeta zostaje natychmiast objęta absolutną kwarantanną. Zostają zaostrzone wszelkie ustalenia odnośnie polityki nieingerencji. Dlatego zespół ratunkowy będzie jednoosobowy. Vuko Drakkainen poleci na Midgaard odnaleźć zaginionych naukowców. Albo posprzątać bałagan. I wyjaśnić zjawisko, którego opis pojawił się w raportach. Zjawisko dotąd niewytłumaczalne i niezrozumiałe. Najpewniej zaskakujący fenomen fizyczny, bo ludzie, którzy wynaleźli napęd nadgrawitacyjny nie zaakceptują przecież faktu, że na Midgaardzie działa magia. A może powinni?

Drakkainen ląduje w pobliżu bazy naukowców. Przeszedł intensywne szkolenie, dzięki najnowszym ziemskim technologiom jest też odpowiednio wyposażony. Wszczepiony cyfral czyni z niego nadczłowieka — Drakkainen nie tylko widzi w ciemności i potrafi poruszać się szybciej niż ludzkie oko jest w stanie rejestrować, ale może też zidentyfikować DNA po zapachu. Jednak kiedy dociera do stacji, wszystkie jego nadludzkie umiejętności to zbyt mało, by odgadnąć, co tak naprawdę wydarzyło w obrębie otaczającej bazę palisady. Za wyłamaną bramą, wśród resztek ekwipunku Drakkainen znajduje szczątki kilku badaczy, nie potrafi jednak powiedzieć, co ich zabiło. Gorzej, gdyby nie świadectwo własnych, bonicznie udoskonalonych zmysłów, Vuko nie uwierzyłby, że można pożegnać się z życiem w taki sposób. A jednak, tu na Midgaardzie, niemożliwe stało się rzeczywistością.

Wśród zabitych brakuje kilku ciał — pięciu badaczy można uznać za zaginionych. Zapewne odeszli z bazy, ruszyli gdzieś w głąb tego tajemniczego i niezwykle niebezpiecznego świata. Wciąż mogą gdzieś żyć, a zadaniem Drakkainena jest przecież odnalezienie członków przedniej ekipy. Wyrusza więc ich śladem.

Tak zaczyna się jedna z najlepszych polskich powieści, która w tym roku trafiła do sprzedaży. Pozwoliłam sobie streścić pokrótce ten początek, nie tylko dlatego, by zachęcić czytelników do towarzyszenia Drakkainenowi w jego poszukiwaniach, ale również dlatego, że książkę tę opatrzono etykietą „najlepsza polska fantasy”. A owa etykieta może być jednak nieco myląca. I to nie z uwagi na przymiotniki. Bynajmniej. Chodzi mi o określenie „fantasy”. Wiele osób kojarzy bowiem ten termin ze światami, nazwijmy to oględnie, post-tolkienowskimi, w których prym wiodą smukłe elfy, a nie może też zabraknąć przaśnych krasnoludów i innych przedstawicieli starszych ras. Tymczasem powieść Grzędowicza, choć do gatunku się zalicza, nie ma nic wspólnego (w zakresie wykreowanych realiów) z prozą J.R.R. Tolkiena. Jeżeli już pokusiłabym się o typowanie echa inspiracji, słyszalnego w fabule, to raczej wspomniałabym „Zalążki fioletu” Angéliki Gorodischer, albo „Piaseczniki” Martina. No i oczywiście „Ogród ziemskich rozkoszy” Boscha — ale ten trop jest akurat nad wyraz oczywisty. Sam autor niejednokrotnie wspomina tryptyk Boscha na kartach powieści. Tak więc ci, których znużyły przygody elfów, mogą bez obaw sięgnąć po tę książkę, ponieważ żadnego w niej nie uświadczą. Tych zaś, którzy lubią powieści wykreowane na bazie świata tolkienowskiego, zapraszam do lektury, bo świat stworzony przez Grzedowicza w niczym nie ustępuje temu pełnemu ludów Starszej Krwi.

Midgaard tkwi w swoistym średniowieczu, co w zasadzie nie powinno dziwić, z uwagi na wspomnianą już osobliwą niechęć tego świata do zdobyczy nowoczesnej techniki. A swoistym dlatego, że nie jest to ta sama epoka, którą znamy z książek historycznych. Choć niewątpliwie analogie dałoby się pociągnąć, choćby z kulturą wikingów. Może dzięki takim analogiom uniwersum powieści jest spójne i w żadnym razie nie płaskie. Aż skrzy szczegółami, z których każdy buduje nastrój i klimat. Z drugiej strony, czego innego można by się spodziewać?

Nie posunę się do stwierdzenia, że Grzędowicz ma bardzo dobrze opanowany warsztat literacki. W przypadku pisarza tego formatu takie stwierdzenie trąci nieco bluźnierstwem. To nie warsztat. To magia słowa. I to magia zaawansowana. Przyznam się, że choć książka została wydana niedawno, już zdążyłam przeczytać ją dwa razy. Pierwszy dla własnej przyjemności. Drugi... dla własnej przyjemności, choć sięgnęłam po nią jedynie, by sprawdzić właściwą pisownię nazwy planety przy okazji pisania recenzji. I już nie odłożyłam, póki nie dotarłam do ostatniej strony. Z tym samym, co za pierwszym razem uczuciem rozczarowania, że nie ma dalszego ciągu. Grzędowicz użył całego swojego kunsztu genialnego gawędziarza. Historia staje się zajmująca już od pierwszych słów i nie przestaje taką być ani na moment. Czasami bawi, czasem budzi dreszcz grozy, czasami wzrusza. Ale ani na chwilę nie wypuszcza czytelnika ze swoich objęć. W momentach, gdy narracja jest prowadzona pierwszosobowo, po prostu patrzy się oczyma bohaterów, w chwili gdy narrator staje się bezosobowy, być może patrzymy z większego dystansu, niemniej z zapartym tchem. Jak widzowie genialnego spektaklu.

Bo tym jest tak naprawdę „Pan Lodowego Ogrodu” — książka zbyt żywa, zbyt trójwymiarowa, by nazwać ją po prostu książką.

Tomasz Kleta: Avatarae
Świat Pana Lodowego Ogrodu jest niezwykle mroczny, okrutny i pełen tajemnic. Niewyjaśnione zjawiska, istoty, które nie powinny istnieć, dziwne siły ujawniające się znienacka, rzeczywiście zdają się być wynikiem działania magii. Choć wiele przypomina nasz świat z czasów wypraw Wikingów, przynajmniej na terenach przemierzanych przez Drakkainena, to odczuwana jest cały czas odmienność.

Paweł Szczepanik: Carpe Noctem
Jarosław Grzędowicz wielkim „kucharzem” jest — taka myśl zakiełkowała mi w głowie po skończonej lekturze najnowszej na rynku książki autora — Pan Lodowego Ogrodu — tom I. Brzmi to co najmniej dziwnie — w końcu Jarosław Grzędowicz jest pisarzem, jego zawód z kuchnią ma raczej mało wspólnego... Przynajmniej teoretycznie.

Bool: Gildia
Grzędowicz wraca z niemałym hukiem. Pierwszy tom jego nowej powieści fantasy z elementami science fiction robi wrażenie. Jest to zdecydowanie książka akcji, nie zabraknie jej ani na moment, ale o dziwo, nie brakuje też kilku innych szczegółów, dzięki którym, zbliżając się do końca tomu, czytelnik nie może się pogodzić, że nie ma więcej. Przynajmniej na razie.

Michał Sołtysiak: Poltergeist
Patrząc na polską literaturę fantastyczną można zauważyć jeszcze jedno. Łatwo jest pisać o doniosłych rzeczach starając się górnolotnością tematów i motywów literackich nadrobić braki warsztatowe. Trudniej zaś jest napisać rozrywkową książkę z klasą, która nie będzie sztampą powielającą schematy, ale swoją jakością i lekkością zachwyci. Jarosław Grzędowicz dokonał tej sztuki właśnie w Panu Lodowego Ogrodu, rozpoczynając, mam taką nadzieję, całkiem niezły cykl fantasy (no, może nie do końca fantasy, ale bliżej mu do tego, niż do SF).

Robert Siata: Załoga G
Grzędowicz — nie mam co do tego żadnych wątpliwości — to czarodziej słowa. To wirtuoz nastroju. Nie myślcie sobie, że napisałem tutaj coś wielce odkrywczego — o tym akurat wiedziałem na długo przed lekturą wydanego przez Fabrykę Słów zbiorku opowiadań pt. Księga jesiennych demonów. Jednak to dopiero Pan Lodowego Ogrodu przekonał mnie, że jego autor to człowiek obdarzony wyobraźnią, która przemawia do mnie w takim stopniu, w jakim nie udało się nikomu już dawno. Pół tysiąca stron połknąłem w kilka godzin — nawet nie wiem, kiedy. Do reszty znienawidziłem pomysł wydawania książek w tomach. Przecież, do licha!, będę musiał czekać nie wiadomo ile na ciąg dalszy!

Ziemowit Żwirbliński: Inny Świat
Pierwsza powieść Grzędowicza, fantasy, science-fiction, horror przyprawiony szczyptą humoru. To właściwie dwie historie, zupełnie różne — łączy je świat, a dzieli wszystko — bohaterowie, ich nastawienie, cel, nawet narracja tych opowieści. Dzieją się one równocześnie i przeplatają ze sobą. W tomie pierwszym bohaterowie się nie spotkali, ale wiele wskazuje na to, że zmieni się to w tomie drugim.


Wprost Inny Świat eNotes.pl Carpe Noctem Merlin Poltergeist Fahrenheit Avatarae