Tanya Huff, Charlaine Harris, Christopher Golden, Bill Crider, Kelley Armstrong, Jim Butcher, Rachel Caine, Jeanne C. Stein, Carolyn Haines, Tate Hallaway, Elaine Viets, Toni L. P. Kelner, P. N. Elrod
Zaszczuta i zdziesiątkowana ludzkość przeklina noc.
Z każdym zmierzchem, w oparach mgły, nadchodzą opętane żądzą mordu bestie. Przerażeni ludzie chronią się za magicznymi runami. Rzeź ustaje bladym świtem, gdy światło zapędza demony z powrotem w Otchłań.
Wydaje się, że nikt ani nic nie zdoła powstrzymać otchłańców, kładąc tym samym kres zagładzie. W tym dogorywającym świecie dorasta troje młodych ludzi.
Bohaterski Arlen, przekonany, że większym od nocnego zła przekleństwem jest strach przepełniający ludzkie serca. Leesha – jej życie zrujnowało jedno proste kłamstwo – nowicjuszka u starej Zielarki. I Rojer, którego los na zawsze odmienił wędrowny Minstrel, wygrywając mu na skrzypkach skoczną melodię.
Tych troje ma coś wspólnego – są uparci i przeczuwają, że prawda o świecie nie kończy się na tym, co im powiedziano. Czy odważą się jej poszukać, opuszczając chroniony runami azyl?
Dopóki słupy runiczne pozostawały nietknięte, dopóty byli bezpieczni. Nic ich jednakże nie chroniło przed pogodą. Deszcz przerodził się w lodowatą, smagającą skórę ulewę. Silvy nie mogła już powstać po upadku. Leżała bezwładnie na ziemi, pokryta błotem zmieszanym z krwią. Chłopiec nie miał pojęcia, czy matka przeżyje tak ciężkie rany, a do tego jeszcze samą burzę. Chwiejnym krokiem podszedł do koryta i przewrócił je kopniakiem, wylewając pomyje. Widział stamtąd skalnego demona, nacierającego na sieć ochronną, ale magia nie pozwalała bestii wedrzeć się do środka. Błyskawice i płomienne oddechy otchłańców raz po raz rozświetlały podwórze, a wtedy mógł dostrzec Mareę, której ciało po chwili przesłonił rój demonów ognia. Potwory dopadały do zwłok, odrywały części mięsa i w podrygach odskakiwały na bok, by je pożreć w spokoju.
Chwilę później demon skał porzucił swe wysiłki. Podszedł do ciała Marei i pochwycił je szponiastą łapą za nogę, podobnie jak okrutny człowiek mógłby złapać kota. Ogniste demony uskoczyły na boki, a olbrzym uniósł kobietę w powietrze. Gdy znienacka z ust Marei wyrwał się ochrypły jęk, Arlen ku swemu przerażeniu odkrył, że kobieta wciąż żyje. Natychmiast przyszło mu do głowy, by wybiec poza linie ochronne i ruszyć jej z pomocą. Ocenił nawet dzielący ich dystans, ale wtedy otchłaniec z potworną siłą cisnął Mareą o ziemię, a chłopak usłyszał przerażający odgłos miażdżonych kości.
– Dowiedzieliśmy się wiele o tym, jak działa świat, zbudowaliśmy maszyny, zgłębiliśmy medycynę, ale zapomnieliśmy o magii, a, co gorsza, zapomnieliśmy też o otchłańcach. Po trzech stuleciach nikt już nie wierzył, że demony kiedykolwiek istniały. To właśnie z tego powodu byliśmy całkiem nieprzygotowani na ich powrót – zakończył ponurym głosem.
– Przez stulecia zapomnienia demony pomnożyły swe siły. Po trzystu latach powstały z Otchłani i przypuściły szturm na świat, by go odbić. Już pierwszej nocy zniszczyły całe miasta, świętując swój powrót. Ludzie próbowali stawić im opór, ale nawet najpotężniejsze bronie Wieku Nauki okazały się mało skuteczne przeciwko demonom. I tak Wiek Nauki dobiegł końca, a nadszedł Wiek Zniszczenia. A wraz z nim Druga Wojna z Demonami.
Oczyma wyobraźni Arlen ujrzał ową noc. Widział płonące miasta i przerażonych ludzi, biegnących w mrok, gdzie już czekały otchłańce. Widział mężczyzn, którzy poświęcali życie, by zyskać na czasie i umożliwić ucieczkę rodzinom, widział kobiety, które własnymi ciałami zasłaniały dzieci przed pazurami napastników. Przede wszystkim jednak widział same demony, roztańczone, pijane szaloną radością, z ociekającymi krwią szponami i kłami.
W zasadzie Brett wykorzystał prosty schemat – jest coś złego, są wybrańcy, którzy postanawiają z tym walczyć, jest społeczeństwo, które woli zostawić wszystko bez zmian, niż stanąć do walki. Mimo to stworzył powieść bardzo dobrą, jeśli nie wybitną. Od pierwszej strony wciąga i trzyma w napięciu aż do ostatniej kropki. Koncepcja świata jest spójna, postacie wiarygodne, demony autentycznie przerażające. Brett umie sugestywnie pisać – posługuje się językiem z wprawą, o jakiej niektórzy mogą tylko pomarzyć. Jego opisy są tak plastyczne, że nawet bez świetnych ilustracji Dominika Brońka miejsca, postacie i potwory stają przed oczami jak żywe, a cała historia staje się przyswajalna jak ulubiona potrawa.
Brett w pierwszym tomie odsłania zaledwie część kart, ale już samo to powoduje, że ten never-never-land zapada w pamięć i nie da się go pomylić z żadnym innym. Na każdym kroku czai się coś ciekawego, co potęguje wrażenia z obcowania z książką. Karty opowieści zapełniają zróżnicowane potwory, a także gama postaci, z których każda ma jakąś charakterystyczną, przypisaną tylko sobie cechę. Dzięki temu całość nabywa rumieńców i nawet gdy akcja na moment zwalnia, nie uświadcza się podczas czytania nudy.
Chciałbym wypunktować również jakieś mankamenty pierwszego tomu „Malowanego człowieka”, ale nie znajduję żadnych. Nawet zakończenie, mimo chęci zamordowania autora (za finisz tuż przed rozwiązaniem pewnego problemu Arlena), jawi się jako najlepsze z możliwych – zostawia ze szczęką walającą się na poziomie podłogi i genialnymi perspektywami na ciąg dalszy. Z tych powodów fanów gatunku zachęcam do zapoznania się z niniejszą pozycją. Warto dać jej szansę, bowiem nie bez powodu określa się ją mianem najbardziej błyskotliwego debiutu w fantasy ostatnich lat.
Cóż więc takiego interesującego zaproponował nam Brett? W skrócie rzekłbym, że w zasadzie wszystko, co utalentowany pisarz może zaoferować w dobrej powieści. Stworzył interesujący świat z frapującą przeszłością, zaludnił go doskonale dopasowanymi istotami (zarówno ludzkimi, jak i tymi z otchłani), a następnie wybrał troje z nich, by na bazie ich losów przez 500 stron pierwszego tomu snuć wspaniałą opowieść. I uwierzcie mi, że zrobił to w wielkim stylu.
(...) W książce Bretta nie ma wielkich bitew i mrożących krew w żyłach walk, a mimo to historia trzyma w napięciu i przyciąga niczym magnes. Wielka to zasługa lekkości, z jaką autor tworzy fabułę, i sposobu, w jaki ją rozwija. Bohaterowie są wyraziści tak bardzo, że po kilku godzinach lektury miałem wrażenie, jakbym ich znał naprawdę. Nie będę ukrywał, że zdarzyło mi się również kilkakrotnie z zapartym tchem czekać na rozwój fabuły, mimo że zadaniem bohatera nie było zarżnięcie hordy demonów, a podjęcie decyzji o opuszczeniu rodzinnego domu czy o odrzuceniu miłości. Przez to, że problemy i rozterki postaci są tak bliskie codziennemu życiu, książkę nie tylko się czyta, ale w znacznym stopniu doświadcza.
(...) czytelnik daje się porwać historii opowiedzianej w "Malowanym człowieku". Po pierwsze - została napisana niezłym językiem, nieprzeszkadzającym w śledzeniu akcji (z drugiej strony nie możemy mówić o "języku - szklance", tak ostatnio piętnowanym). Autor, a już na pewno tłumacz, popisał się warsztatową sprawnością.
Po drugie, bohaterowie, mimo swojej banalności, mają nieodparty urok. Nad podziw łatwo można się z nimi utożsamić, zwłaszcza, gdy obserwujemy ich starcie z murem zaściankowego piekiełka. Babskie plotki, zahukanie, niepewność, strach, któremu nikt nie chce się przeciwstawić. Te przeszkody komplikują bohaterom życie na równi z mrokiem i demonami. Świat i wiarygodne relacje międzyludzkie to chyba najmocniejszy punkt książki.
(...) Peter V. Brett zaserwował bardzo przyzwoitą, solidną i wciągającą, rozrywkową powieść. "Malowany Człowiek" bije na głowę książki pokroju "Eragona" czy trylogii pani Canavan.
Powieść napisana jest bardzo dobrym językiem. Narracja wciąga od pierwszych kart książki i trzyma w napięciu do końca. Ogromna w tym zasługa oczywiście autora, szacunek należy jednak oddać również Marcinowi Mortce - tłumaczowi „Malowanego człowieka". Akcja powieści została zbudowana na dość znanych motywach fantasy: rozwoju bohaterów, konstrukcji świata ludzi zagrożonego zniszczeniem, fantastycznych elementów. Trudno więc mówić o tej powieści jako o oryginalnym osiągnięciu w gatunku. Jednocześnie jednak w ramach znanych już motywów to literatura bardzo wysokiej jakości. Świetnie napisana, ze znakomicie wymyślonymi bohaterami i fabułą, które zostały wykreowane w sposób bardzo przekonujący, rzetelny i z polotem.
„Malowany człowiek" to bardzo dobra powieść fantasy. Czyta się ją bardzo szybko i niezwykle przyjemnie. Czytając wiele książek, rzadko mam okazję tak przylgnąć do jakiejś lektury, jak to miało miejsce w przypadku dzieła Bretta.
Zdecydowaną zaletą powieści jest natomiast fakt, że relacje społeczne nie zostały przedstawione w sposób wyidealizowany. Podkreślana jest zwłaszcza wszechobecna w zamkniętych społeczeństwach obłuda, łatwość, z jaką fałszywie pobożni ludzie potępiają i wyrzucają ze swego grona pechowców, przyłapanych na powszechnych grzechach. I podobna łatwość, z jaką przymykają oczy, by nie widzieć krzywdy słabych i chronić reputację silnych. Małżeńska niewierność, gwałty, alkoholizm, przemoc, prześladowania, tchórzostwo czy zwykłe łajdactwo stanowią integralne elementy codzienności w wieku Plagi.
Świat stworzony przez Bretta urzeka swym pięknem za dnia, straszy nocą i udowadnia, że brak czarodziejów, hasających (wybaczcie określenie) po lasach elfów i kujących bronie krasnoludów nie pozbawia książki klimatu fantasy. Akcja powieści rozgrywa się w Latach Plagi, kiedy to każdej nocy, od zmierzchu do świtu, z Otchłani wyłaniają się demony najróżniejszych żywiołów. Broń śmiertelników nie czyni im żadnej krzywdy, a jedyną zaporę nie do pokonania stanowią dla nich runy ochronne, z których to ludność małych osad i Wolnych Miast korzysta na co dzień, oznaczając nimi mury swoich domostw.
Strach jest jednym z dominujących tematów pierwszego tomu debiutanckiej powieści fantasy Petera V. Bretta. Amerykański autor myślał o nim od czasu, kiedy jego rodzice zostali szczęśliwie ewakuowani z wież World Trade Center podczas ataku terrorystycznego na Nowy Jork w 2001 roku. Od tamtej pory Brett każdego dnia obserwował, co się dzieje z ludźmi w jego rodzinnym mieście, którymi owładnął strach. Faktycznie, autor bardzo sugestywnie kreuje atmosferę wszechobecnego strachu i jego niszczący wpływ na ludzi. Na tym poziomie powieść Bretta sprawdza się jako metafora współczesnych czasów, w których strach mocno zaznacza swoją obecność.
W "Malowanym człowieku" dominuje wszechobecny - zarówno w krajobrazach, jak i w ludziach - mrok. To klimat bardzo przypominający dzieła jednego z literackich bohaterów Bretta - George`a R.R. Martina.
Poza konstrukcją świata urzeka także brak "epickiego zadęcia", jakie często jest elementem książek fantasy. Oczywiście, że widać, iż bohaterowie są przeznaczeni do wielkich czynów i obdarzono ich nadspodziewaną ilością talentów i szczęścia. Jednakże nadal stanowią logiczną część wykreowanego świata. Trudno sobie wyobrazić ich jako spadkobierców królów, bo poznajemy ich rodziców, zwykłych wieśniaków, a ich zdolności nie wynikają z magii, ale inteligencji i uporu.
Książkę przetłumaczył Marcin Mortka i wykonał kawał dobrej roboty, bo Malowanego człowieka czyta się naprawdę doskonale i szybko. Dawno już nie widziałem tak dobrej opowieści, która nie powielałaby na siłę utartych schematów i nie byłaby pisana jako bestseller skonstruowany marketingowo, a nie literacko.
Cholernie ciekawy pomysł, zrealizowany w sposób prawdziwie rzetelny i profesjonalny sprawia, że byłem przykuty przez trzy dni do Malowanego człowieka i odrywać się od niego musiałem prawie że siłą. Bardzo charakterystyczne postaci, chociaż można by im zarzucić zbytnie wyidealizowanie, z pewnością nie robią wrażenia sztucznych – nie są pozbawione wad, słabostek i przede wszystkim pewnych cech, które nieodłącznie towarzyszą burzliwemu wiekowi młodzieńczemu… W ogólnym odczuciu, powieść przypomina mi nieco Władcę Pierścieni (...)
Tak czy owak, nie ma się co za długo rozwodzić nad zaletami tej książki – trzeba jak najszybciej udać się do księgarni (najlepiej biegiem) i zakupić Malowanego człowieka póki jeszcze jest na półce. Bo prawdziwie jest to dzieło warte przeczytania!
Od książki nie mogłem się oderwać. Mimo piekących oczu i zmęczenia (gdy czytałem książkę do późna w nocy) po prostu mnie pochłonęła. Nie mogłem się od niej oderwać... Z niecierpliwością czekam na 2. tom serii, a moje zniecierpliwienie pogłębia tajemnicze zakończenie tomu 1. Arturex
* * *
To głównie klimat powieści odróżnia ją od innych pozycji z gatunku fantastyki. Książkę przeczytałem w jeden dzień i od razu szukałem informacji, kiedy zostanie wydana kontynuacja. Niestety premiera drugiej księgi planowana jest na sierpień 2009. Gorąco polecam!
Mariusz Citko
* * *
(...) książka jest arcyciekawa, świat stworzony przez Bretta ma swój unikalny klimat - nie jest to Śródziemie stworzone przez Tolkiena, ale ma swój klimat. Czekam na drugi tom! Patryk Wolski
Peter Brett stworzył świat, który od samego początku wyciąga po czytelnika swoje szpony i nie pozwala mu się wyrwać. (...) Wizja jego świata jest dojrzała, nawet pomimo dość czytelnego rozgraniczenia między dobrem, a złem. (...) Zatem krótko i zwięźle: czytać. Upewnijcie się jednak wcześniej, że macie wystarczająco dużo wolnego czasu i coś do jedzenia pod ręką, bo może nie będziecie w stanie się od tej książki oderwać. Ja w każdym razie nie żałuję zetknięcia się z Malowanym człowiekiem i z niecierpliwością czekam na jego kontynuację.
Znakomita książka, znakomity świat, znakomici bohaterowie…Jednym słowem jestem w stanie przyznać, że ci, który określili "Malowanego człowieka" mianem najlepszego literackiego debiutu ostatnich lat, mieli rację. I powiem jeszcze jedno – autor książki, Peter V. Brutt twierdzi, że w biurowym boksie roztrwonił 10 lat. Ale jeśli dało mu to natchnienie do stworzenia "Malowanego człowieka", to poproszę a angaż do tego biura.
(...) Powiedziano mi, że "Malowany człowiek" nie jest dobrym prezentem pod choinkę, bo jak zaczniemy czytać, to nam uszka w barszczu wystygną. Oj, to prawda… A co gorsza, możecie się pokłócić z tymi, którzy zechcą was od książki odciągnąć. Dlatego najlepiej… zamknijcie się w łazience.
Amerykański pisarz stworzył świat, w którym ludzie powoli przegrywają walkę na śmierć i życie z żywiołami ognia, ziemi, wiatru oraz wody. W pewnym sensie motyw ten przypomina trylogię „Opowieści piasków” Krzysztofa Piskorskiego, jednak u polskiego pisarza żywioły, zwane geniuszami, można było okiełznać i rozkazywać im. U Bretta żywiołaki przybrały odrażające formy potworów i niszczą każde życie, o ile nie jest chronione runami. Kłopot w tym, że ludzkość dawno zapomniała powszechne niegdyś runy bojowe. W czasach, gdy poznajemy głównego bohatera, chłopca imieniem Arlen, ludzie pamiętają tylko podstawowe znaki runiczne, które pozwalają im stworzyć niewielkie bariery oraz strefy, gdzie potwory nie mogą ich zaatakować. Arlen chce czegoś więcej – chce odnaleźć starożytną wiedzę, która pozwoli walczyć z bestiami Otchłani.
Co ciekawe, Brett nie ogranicza się do jednej tylko ścieżki. Opowieść o Arlenie jest jedną z trzech niezależnych historii, które zapewne kiedyś splotą się z przygodami chłopca. Maszynopis, który dostałem do rąk, przeczytałem w jedną noc, nie mogąc się od niego oderwać. I tylko jednego mi żal: że „Malowany człowiek” urywa się tak nagle. Z niecierpliwością czekam już na drugi tom!
* Z posłowia Marcina Mortki, pisarza, tłumacza, autora przekładu "Malowanego człowieka":
Do tej książki podchodziłem ze sceptycyzmem, wierząc święcie, że po przełożeniu kilku powieści Patricka O’Briana nic mnie już w literaturze anglosaskiej nie zaskoczy. Myliłem się.
Chylę czoła przed Brettem. Ten człowiek stworzył spójny, przekonujący neverland bez paladynów w wypucowanych zbrojach, księżniczek w skórzanej bieliźnie czy elfów ujeżdżających smoki, czym tchnął ożywczego ducha w klasyczne, mocno już przykurzone fantasy.
* Terry Brooks, autor bestsellerowego "Miecza Shannary":
Przeczytałem z olbrzymią przyjemnością. W pisarstwie Bretta jest wiele rzeczy godnych podziwu. Olśniewające koncepty. Akcja i napięcie non stop. Bardzo zainteresował mnie losami swoich bohaterów i zaciekawił tym, co stanie się dalej.