Przygranicze to dziwne miejsce, które nie podlega prawom obowiązującym w znanym nam świecie. To kraina, w której prawie zawsze panuje mróz, a zaklęcia bojowe potrafią porazić nie mniej skutecznie niż kule z automatu. Jak dotąd nikomu jeszcze nie udało się stąd wyrwać i wrócić do normalnej rzeczywistości.
Ale dla byłego patrolowego o dziwnym przezwisku Śliski ucieczka jest jedynym chyba sposobem, by wyjść żywym ze śmiertelnej gry bez zasad. Wplątał się w nią najzupełniej nieświadomie, kiedy kupił od przygodnego znajomego pewien nóż.
Wyszliśmy na ulicę. Uch... Chłodnawo. Kawałki zamarzniętej wody szurały i chrupały pod nogami, wyskakiwały nagle spod butów w najmniej odpowiednich momentach. Od ziemi wznosiły się fale zimna, tak że zaczynałem powoli tracić czucie w pacach stóp. Ciekawe, na jakiej powierzchni spadł grad? Nie miałem ochoty brnąć w lodowatej żyburze czekając aż całkiem się rozpuści.
— Patrz! — Oleg wydobył spośród brudów zadziwiająco dobrze zachowany po upadku, długi na łokieć sopel. — Taki to nawet kask przebije.
— Racja, zwyczajny na pewno przebije — Mścisław pokiwał głową, wsunął dłoń pod czapkę i potarł guza.
— Poczekajcie! — Oleg wyrzucił sopel, powoli przeszedł przez trawnik i przykucnął pod ścianą domu.
— Co się stało? — spytał czujnie Dominik.
— Pierwszy raz widzę... — Przewodnik wskazał dziwne ślady na ziemi, tam gdzie przed ulewą zasłonił je mur.
— Co to takiego? — Faktycznie, dziwne. Srebrna pajęczyna szronu ścinała odciski stóp. Wyglądało to, jakby przeszedł tędy ktoś tak zimny, że błoto zamarzło mu pod nogami.
Betonowa podłoga ziębiła tył głowy i ból, przyczaiwszy się tam na chwilę, przepłynął między łuki brwiowe. Przekręciłem się na brzuch, znów wyrwało ze mnie żółć wraz z jakimiś krwawymi strzępkami. Nieźle. Czyżbym miał uszkodzone wnętrzności? Podniosłem głowę i dostrzegłem, że znajduję się w innym pomieszczeniu.
Co to za katakumby? Na ścianach spęczniały, odpadający tynk, goła, cementowa posadzka, w kącie piec zbudowany z cegieł, blaszany przewód kominowy, odchodzący do dziury w sufi cie. W piecyku nie palił się ogień, a pokój wypełniał przenikliwy chłód. Przy zamkniętych drzwiach na grubo ciosanym stoliku paliła się jedna świeczka, lecz drżący języczek ogienka nie miał najmniejszych ambicji, aby rozproszyć zalegający po kątach mrok.
Uniosłem nieco głowę i, nie zważając na tańczące przed oczami jaskrawe plamy, przyjrzałem się przebywającym w pomieszczeniu ludziom. Niemłody już mężczyzna siedział na taborecie przy stole, a dwóch byczków kręciło się przy drzwiach, spoglądając koso na zamarłą przy piecyku postać. Człowiek ten okutał się szczelnie w długi płaszcz, głowę ukrył w głębokim kapturze. Ciekawe czy w ogóle był w stanie coś spod niego zobaczyć?
Próbując powstrzymać podchodzącą do gardła falę mdłości, zacząłem szybko dyszeć i poczułem dziwny zapach.
Czyżby smród rozkładu?
Już po dwóch pierwszych rozdziałach moje chłodne przyjęcie powieści zmieniło się w ogromne zainteresowanie, a po kilkudziesięciu stronach pierwsze lody zostały całkowicie przełamane. Bynajmniej nie dlatego, że akcja „Śliskiego” dzieje się dla odmiany latem, ale z tego powodu, iż Kornew najprawdopodobniej ma bardzo dobry pomysł na podjęcie kolejny raz historii społeczeństwa Przygranicza. (...) Lektura pierwszej księgi zakończyła się bardzo intrygująco. Mimo tego, że w Przygraniczu zima stanowi większą część roku, czytałem tę część z wypiekami na twarzy, a mój zapał do zabrania się za zwieńczenie historii rozpalony został do czerwoności. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że Kornew nie obniży lotów i drugi tom nie okaże się kubłem zimnej, by nie rzec: lodowatej wody.
Akcja powieści rozwija się niespiesznie, choć co jakiś czas zdarzają jej się nagłe zrywy i zwroty. Przy jej opisywaniu Kornew nie szczędzi nam szczegółów, dzięki czemu możemy ją odczuwać niemal namacalnie. Podążając krok w krok za bohaterem, patrzymy jego oczami na pełen przemocy świat, na ludzi, którzy są innym ludziom wilkami, i na wilki, które są im bestiami z piekła rodem. Oprócz tego towarzyszymy Śliskiemu w zwykłych, codziennych sprawach, na czoło których wysuwają się kwestie aprowizacji i libacji, tudzież zaopatrzenia w broń i amunicję. Bo naczelna zasada, obowiązująca w Przygraniczu, brzmi: po pierwsze przetrwać, a potem martwić się, co dalej. Kornewa nie zawodzi warsztat pisarski. Podobnie, jak wcześniejszą historię o Soplu, także jej kontynuację czyta się szybko i z pogłębiającym się zainteresowaniem, co też wydarzy się na kolejnej stronie. Autor jednak zwodzi nas, podaje fałszywe tropy, podrzuca więcej pytań niż odpowiedzi.
Naboje do karabinu są droższe niż czyjeś życie i zdrowie. Do tego dochodzi jeszcze nieodzowny alkohol i narkotyki, ale temu nie ma się akurat co dziwić, kto z nas nie szukałby zapomnienia w wódce zmuszony żyć w takim świecie. Nie jest to więc miejsce, w którym łatwo się odnaleźć. Przypomina może nieco krainę ze S.T.A.L.K.E.R.A., a zachowanie odizolowanych na Przygraniczu ludzi jest bardzo podobne do chłopców z „Władcy Much” Goldinga. Tak samo jak oni, ludzie trafiający znienacka w wieczne śniegi powoli pogrążają się w barbarzyństwie i grupują się w organizacjach rządzonych na zasadzie siły. Całość jest dodatkowo okraszona odrobiną magii, która komponuje się w niesamowity sposób z industrialnym i pragmatycznym „Przygraniczem”.
Wydawałoby się, że do tak skonstruowanego świata najlepiej pasowałaby narracja trzecioosobowa, Kornew stawia jednak na subiektywizację. Przedstawia wydarzenia z perspektywy głównego bohatera, klasycznego twardziela, który doskonale posługuje się zarówno bronią, jak i własnym rozumem. Wie, kiedy ryzykować, a kiedy się wycofać, ma znajomości, a poza tym doskonale orientuje się w niebezpieczeństwach, jakie grożą wędrowcowi poza murami Fortu. Jego często cyniczne obserwacje współgrają ze specyfiką Przygranicza, oddają jego klimat. Można powiedzieć, że Sopel to klasyczny wytwór tego groźnego, zimnego świata – jest silny, nieprzewidywalny, bystry i bezlitosny. Całe szczęście został też przez autora wyposażony w szereg typowo ludzkich słabostek, dzięki czemu można go polubić, lub chociaż przywiązać się do specyficznego poczucia humoru, któremu daje wyraz.